Firma White Models robi bardzo ładne, takie wypieszczone, bogato zdetalowane figurki. Miałam swego czasu przyjemność malować ich Normana, a jesienią 2005 stoczyłam zwycięski bój z byłym węgierskim najemnikiem, datowanym przez producenta na rok 1486.
Nie wiem jak by było, gdybym malowała oryginał, ale… moja kopia miała mnóstwo bąbli w różnych nieprzyjemnych miejscach (na przykład na czubkach palców czy czubkach ostrzy broni). Brr. Sporo przesunięć i tym podobnych „atrakcji”. Jednak po zwalczeniu tego wszystkiego okazało się, że części doskonale do siebie pasują, nic, tylko malować ze śpiewem na ustach.
Malować…
Koniec XV wieku to już niemal wstęp do szaleńczo kolorowej epoki landsknechtów, więc stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić na kolorystyczne ekstrawagancje w postaci paseczków i ząbków na nogawicach. Osobną epopeją było malowanie tarczy, wielkiej strzeleckiej pawęży tamtych czasów, zasłaniającej niemal całego żołnierza. Po kilkakrotnych zmianach koncepcji (dziękuję kolegom z PWM za pomoc!) zdecydowałam się na wzór z repliki przechowywanej w muzeum w Budapeszcie, z motywem św. Jerzego walczącego ze smokiem. Motyw ten był przez całe średniowiecze bardzo powszechnie stosowany, stąd można znaleźć całkiem sporo rysunków i różnych ciekawych wzorów. Zdjęcie, z którego korzystałam, było w centralnej części niewyraźne (bliki od lampy błyskowej), więc postać św. Jerzego domalowałam trochę „na czuja”. Przyglądałam się też efektom pracy Mistrza Pabelo, który mniej więcej w tym samym czasie rzeźbił i malował swojego Węgra. Co nie zmienia faktu, że twarz św. Jerzego udało mi się koncertowo wręcz spaprać… ale na razie nie mam natchnienia, żeby to poprawić.
Bardzo mi się też w tej figurce spodobała jej twarz, z takim leciutko nieprzytomnym, zadziwionym spojrzeniem. W ogóle chłopak stoi w dość oryginalnej pozycji, niemal roztańczonej takiej. Albo jakby pchły próbował łapać. Dlatego na własny użytek nazwałam go sobie Tańczącym z Pchłami, w skrócie Pchlarzem. Wykańczając winietkę miałam z tą jego tanecznością trochę kłopotu, trzeba było precyzyjnie wpasować Węgra w teren i tak go ustawić, by wszystko razem wyglądało w miarę naturalnie. Już na niemal gotowej figurce zmieniałam układ przedramion, bo się hakownica (czy tam bombarda… to strzelające prochowe coś na jego prawym ramieniu…) nie chciała sensownie ułożyć.
Ogółem: bardzo fajna, ciekawa, ładnie zrobiona figurka, ale dość skomplikowana, zwłaszcza konstrukcyjnie. Aha, i jeszcze jedna ciekawostka: producent podaje skalę Węgra jako 90 mm, ale po zmierzeniu chłopakowi wzrostu okazało się, że bardziej pasuje on do 120 mm. Chyba że jest to jakiś dziewięćdziesięciomilimetrowy Goliat.